Edukacja – o czym się nie mówi, a powinno

Anna Dzierzgowska: mój sposób myślenia o edukacji – a więc także o tym, o czym powinno się mówić w publicznej debacie – określają następujące założenia.

– edukację rozumiem najszerzej, jako otwieranie dostępu do kultury, rozumianej z kolei jako wspólny dla całej ludzkości zasób narzędzi, dzięki którym możemy –znów wspólnie z innymi – zyskać sprawczość w świecie; idę tu – luźno – za takim rozumieniem kultury i edukacji, o jakim pisał, praktycznie przez cale życie, zwłaszcza w ostatnich książkach, Jacek Kuroń; takie podejście wymaga między innymi przyjęcia, że nie ma różnych, obcych sobie kultur, ale że wszelkie dokonania ludzkości są wspólne, wszystkie konkretne kultury rozwijają się dzięki wzajemnym inspiracjom i zapożyczeniom, a zarazem – że wszelkie „winy” innych mogłyby równie dobrze być „naszą” winą. Takie podejście zakłada także, że jedną z kluczowych umiejętności musi być sztuka przekładu – rozumianego jako budowanie mostów między tym, co (pozornie) różne;

edukacja jest wartością samą w sobie; oczywiście, warto myśleć o edukacji także na przykład w kategoriach dobrej przyszłej pracy, ale nie wolno sprowadzać edukacji wyłącznie do czegoś, co jest wobec niej zewnętrzne (jak praca); prawo do edukacji należy rozumieć również jako prawo do czerpania radości z odkrywania granic naszej wiedzy i ogromu tego, czego jeszcze możemy się nauczyć;

– zarazem, rozmawiając o edukacji, nie możemy zapominać, że żyjemy w naprawdę niebezpiecznych czasach. Ograniczę się do podania trzech przykładów zagrożeń, jakie już stoją i będą stały w przyszłości przed tymi, które i którzy chodzą teraz do szkół: jednym jest zjawisko przemocy wobec dziewcząt i kobiet (w tym także kobiet trans płciowych), powszechnej na całym świecie, przemocy, która wedle (ostrożnych) szacunków w takiej czy innej formie dotyka jedną na trzy kobiety (do tego warto dodać także zjawisko szerszej przemocy ze względu na płeć i seksualność, dotykającej także np. osoby nie-heteronormatywne); drugim jest rasizm: „nigdy więcej”, wypowiadane po drugiej wojnie światowej, wciąż pozostaje obietnicą niespełnioną; trzecim wreszcie – są zmiany klimatyczne. Ucząc, musimy brać pod uwagę to, w jakim świecie i do jakiego świata uczymy. Zagrożeniom, o którym piszę, można stawiać czoła tylko solidarnie – i tego też szkoła powinna uczyć;

– przy takim rozumieniu edukacji, kluczowe znaczenie ma równość w dostępie do edukacji – rozumiana nie tylko jako równość (czy „wyrównywanie szans”) na starcie, ale jako troska o równość na każdym etapie i każdym poziomie edukacji.

Jak to się ma do tego, z czym mamy do czynienia w Polsce w roku 2016?

– naukowczynie i naukowcy alarmują, że nowa podstawa programowa, zwłaszcza z przedmiotów ścisłych, raczej zawęża niż poszerza możliwość zrozumienia problemów współczesnego świata; a chciałabym przypomnieć, że dla uczennic i uczniów które i którzy wybiorą szkoły branżowe, ta podstawa określa prawie całą ogólną wiedzę, jaka będzie im dana w szkole;

– przedmioty humanistyczne są w dużej mierze zawężone i sprowadzone, zwłaszcza historia, do bardzo wąsko rozumianego „kanonu” – co z kolei stoi w sprzeczności z postulatem otwierania przez szkołę możliwości dostrzeżenia i zaciekawienia różnorodnością wszelakich ludzkich osiągnięć, a także w sprzeczności z postulowanym przeze mnie uczeniem w kategoriach „przekładu”;

– ministerstwo nauki zapowiada reformy, które mają zmniejszyć liczbę osób studiujących, wzmocnić tylko wybrane uczelnie; oficjalna narracja brzmi mniej więcej tak: uniwersytety produkują „niepotrzebnych” absolwentów, edukację trzeba związać ściślej z rynkiem pracy, przekierować część osób do szkół zawodowych, zbliżyć uczelnie do biznesu, zwiększyć ich konkurencyjność… Zbyt wiele uproszczeń, mitów i problemów kryje się w tej oficjalnej narracji, by się z nimi rozprawić w tak krótkim tekście: skupi się na najgroźniejszych (pamiętając o postulacie traktowania edukacji jako wartości samej w sobie). Zamiast myśleć, jak zmniejszyć liczbę studiujących, myślmy, jak otwierać każdej i każdemu – niezależnie od wieku, niezależnie od wykonywanej pracy i niekoniecznie tylko poprzez uniwersytety – realną możliwość kształcenia. Jak popularyzować naukę? Jak popularyzować humanistykę (i jak ją ochronić przed reformatorką kosą, która tnie to, co „nierynkowe” i/lub zbyt mało patriotyczne?). Jak związać uczelnie wyższe nie z rynkiem, ale przede wszystkim – ze szkołami? Jak zwiększyć znaczenie dydaktyki na uczelniach? Jak odmitologizować tak zwany „rynek pracy” i zobaczyć, na jakie rzeczywiste możliwości i ograniczenia napotyka w Polsce siła robocza i jakiego wsparcia potrzebuje? I wreszcie: jak walczyć ze społecznymi uprzedzeniami, tymi samymi, każą nam mówić dużo o potrzebie stworzenia szkół zawodowych, a zarazem na wiele sposobów (nie koniecznie słowem, niekiedy samym zachowaniem) deklarować niezmienny szacunek dla tytułów profesorskich i okazywać pogardę tym, którzy i które nie mają formalnego wysokiego wykształcenia?

– organizacje pozarządowe dysponują dużą bazą raportów na temat różnych obszarów dyskryminacji w systemie oświaty. Nie udało się wprowadzić edukacji antydyskryminacyjnej do systemu edukacji formalnej – co było postulatem Koalicji na Rzecz Edukacji Antydyskryminacyjnej. Nie udało się przekona

ani poprzedniej, ani obecnej ekipy w MEN, że szkolnictwo zawodowe jest nie tylko silnie upłciowione, ale też że istnieje luka płacowa między płacami kobiet i mężczyzn z wykształceniem zawodowym (patrz np. raporty Koalicji Karat). Obecnie nawet te wąskie kanały, którymi udawało się wpuszczać do szkół elementy edukacji równościowej i antydyskryminacyjnej są blokowane, a organizacje zajmujące się tematyką równościową padają ofiarą szykan;

– w szkole jest religia, nie ma – filozofii czy rzetelnej edukacji seksualnej. Potrzeby wprowadzenia dwóch ostatnich nie muszę chyba wyjaśniać. Co do religii: uważam, że należy ją wyprowadzić ze szkół. Nie da się bowiem powiedzieć o Kościele katolickim, żeby był organizacją demokratyczną, podlegającą demokratycznej kontroli. Religia w szkole jako przedmiot wyjęta jest spod kontroli państwa. Co więcej, socjalizuje do akceptacji obecności Kościoła w przestrzeni publicznej, jako wyróżnionego podmiotu o szczególnym statusie – właśnie podmiotu, wobec którego demokratyczna otwartość nie ma zastosowania. To nie jest dobre: ani dla szkoły, ani dla demokracji, ani, śmiem twierdzić, dla religii.

Na koniec dwa cytaty, obydwa ważne dla mojego myślenia o edukacji. Pierwszy – to wspomnienie Antoniego Słonimskiego o Marianie Falskim. Drugi – to ostatni felieton napisany przez Irenę Dzierzgowską, adresowany do idących do szkoły dzieci sześcioletnich:

Antoni Słonimski: „Falski był niepoprawny. Miał swoje osobiste gusta poetyckie. Opracowując nowe wydanie swego elementarza w roku 1972 […] kazał mi napisać wierszyk dla dzieci. Nie lubię dzieci i wierszyków. […] Powodowany moją dla Falskiego przyjaźnią, szacunkiem i strachem napisałem wierszyk, a Falski wiersz odrzucił. Po prostu odrzucił. Był to chyba pierwszy i jedyny wypadek w mojej karierze poetyckiej. […]

‚Co mi pan tu przyniósł – surowo zapytał Falski – Mógł się pan trochę bardziej wysilić. Przecież te dzieci, gdy dorosną, żyć będą w dwutysięcznym roku. Trzeba im innych wartości wpajanych już od dzieciństwa: Człowiek i planeta. Jedność i braterstwo wszystkich ludzi, a nie takie poczciwe bajeczki’.”

Irena Dzierzgowska: „Nie bójcie się szkoły. […] [Ogromna] część tego co będzie się działo w szkole zależy od Was – od Waszych kontaktów i przyjaźni z kolegami i koleżankami, od tego, czy polubicie nauczycieli. A przede wszystkim od tego, czy uznacie, że warto zrozumieć, dlaczego słońce świeci, dlaczego woda jest mokra, a motyle mają takie oszałamiające barwy – tylko Wy możecie się zafascynować tymi i innymi ciekawostkami, tylko od Was zależy, czy je pokochacie. Zróbcie to.

Zróbcie to, bo wtedy może się okazać, że szkoła to fajne miejsce. […] Jeśli zaczniecie się uczyć mając 6 lat – możecie przeżywać w szkole wspaniałe, interesujące przygody. Szczerze Wam tego życzę. Cieszcie się ze szkoły, smakujcie wiedzę i rozkoszujcie się nią.”